Joy: opowieść o nauce, poświęceniu i pierwszym dziecku z in vitro.
„Joy” to film, który opowiada historię spokojnie, we własnym rytmie. Dzięki temu wydaje się bliższy i bardziej prawdziwy. To opowieść o ludziach, którzy z uporem i wiarą próbowali dokonać czegoś, co wydawało się niemożliwe: znaleźć sposób, by na świat przyszło pierwsze dziecko poczęte metodą in vitro.

Cicha bohaterka wielkiego przełomu
W centrum uwagi jest Jean Purdy, w którą wciela się Thomasin McKenzie. Jej skromna bohaterka staje się sercem całej historii. Towarzyszą jej Robert Edwards (James Norton) i Patrick Steptoe (Bill Nighy), ale to właśnie Purdy wprowadza do filmu emocje i nadaje mu ludzkiego wymiaru. Widać w niej zarówno determinację i ciekawość naukowca, jak i zwykłą ludzką wrażliwość.

Nauka kontra strach i uprzedzenia
Film jest osadzony w codzienności lat 70. Czuć w nim ciężar społecznych uprzedzeń i niechęci wobec badań, które dziś uznajemy za przełomowe. Momentami przypomina to opowieść o walce z systemem, a chwilami indywidualne historie ludzi zmagających się z samotnością i wiarą w coś większego.
Tak jak wspomniałam, nie jest to film, który wbija w fotel czy wyciska łzy na siłę, ale dla mnie jego siła tkwi właśnie w tej prostocie. To spokojny hołd dla ludzi, którzy zmienili życie milionów rodzin.

Narodziny, które zmieniły świat
Finał, czyli narodziny Louise Joy Brown, pierwszego dziecka „z probówki”, nie jest pokazany w hollywoodzki sposób. To raczej cichy, poruszający moment, w którym uświadamiamy sobie, że całe lata pracy i wyrzeczeń sprowadziły się do jednego z najprostszych odgłosów na świecie – płaczu noworodka.
Ten film zostaje w głowie na długo. To historia o nauce, wierze i odwadze.
Materiały prasowe: IMDb
